Kolejny mój wyskok ciuchowy uwieńczony został powodzeniem, tak, ostatnie sukcesy w kupowaniu ciuchów, napędziły mnie niesamowitym powerem. Postanowiłam więc powtórzyć tą eskapadę, bo jak wiadomo dobrych ciuchów nigdy za wiele. Tym razem ja namówiłam swoją koleżankę na skok do ciucholandów w naszym mieście. Postanowiłyśmy odwiedzić parę fajnych szmateksów w mieście.
Zaczęłyśmy od tego na rogu Łódzkiej i Piastowskiego. Mały lokal , za to towar świetnej jakości, czysty i dobrze posortowany. Przymierzyłam kilka bluzeczek i wybrałam jedną, śliczną niebieską tunikę. Prezentowała się nadzwyczaj godnie i co najważniejsze nosiła metkę Benetton. Nieźle, prawda? Nie jestem Dodą i nie stać mnie na shopping po Mediolanie. Dlatego taka marka w takim miejscu, to jak dar niebios. Anka, moja koleżanka także nie wyszła z pustymi rękoma, a jakże. Upolowała fajny sweterek z kaszmiru w kolorze zielonym, który pięknie podkreślał jej oczy. Następnym naszym rzutem był sklep nieco większy na Kalinowszczyźnie, ale mówiąc szczerze jakoś nie było w czym wybierać. Owszem, dużo ludzi, dużo towaru, ale takiego dla starszych mam wrażenie. Jakieś zasłony, firany, dziwne powyciągane bluzy i pełno butów. Może akurat źle trafiłyśmy, ale na dzień dzisiejszy ten ciucholand omijam z daleka. Natomiast wcale sie nie zrażam ogólnie, bo uważam że tania odzież, to wspaniała alternatywa dla tych, którzy nie mają na Mediolan, a chcą wyglądać fajnie i modnie.