Wracam jednak do tematu, czyli lumpeksów. Ten który odwiedziłam rozczarował, bo oprócz wielkiego szyldu przed wejściem, nie było w nim nic fajnego i zachęcającego do zakupów. Przejrzałam wszystkie zakamarki dwa razy, żeby nic nie uszło mej uwadze. I nic. Same szmaty. Dużą część hali zajmowała pościel – niezłej jakości, i jak zauważyłam cieszyła się dużym zainteresowaniem. Ale widziałam też leżące luzem torebki, wiszące paski, apaszki.
Postanowiłam odwiedzić kolejne tego typu miejsce. Następny lumpeks, do którego się wybrałam, odbiegał do tego pierwszego. Głównie reklamą, wielkością – czyli tak zwanym rozmachem. Ot, maleńki sklepiczek. Akurat trafiłam na dostawę – ludzi był po prostu tłum. Takich kolejek nie widuje się już dzisiaj w sklepie z ciuchami. Smutny był to widok, bo i maniery owych ludzi daleko odbiegały od tych, które są moimi normami… Może tak się zachowywano kiedyś, w czasach PRL’u, gdy był problem z ubraniem się. O co chodzi? Otóż ludzie owi (chodzi mi o kobiety w “średnim wieku”) wyrywali wprost sobie ubrania z rąk! Po chamsku, nie licząc się kompletnie ze słowami! To były najnormalniejsze w świecie przepychanki, walka o stroje. Nieważne, czy dobre czy nie – brać, brać, łapać! Taka dewiza przyświecała owym kobietom. Zniesmaczyłam się mówiąc szczerze. Tym bardziej,że i towar nie zachwycał. Może i kobiety w wieku balzakowskim były w stanie zakochać się w nowej dostawie, o czym może świadczyć ich zachowanie. Natomiast młoda dziewczyna niewiele by tam znalazła.
Kolejny niewypał. Zniechęcona poszłam do domu, nie mając już siły na kolejną wizytę w takim miejscu. Zrobiłam sobie zieloną herbatę, bo to ponoć rozluźnia, gdy odwiedziła mnie znienacka moja 18-letnia kuzynka. Pochwaliłam się jej swymi nieudanymi zakupami, na co ona odpowiedziała mi że i tak miałam szczęście. Jej koleżanka bowiem, gdy przywieziono nowa dostawę została zaatakowana nożem przez nastolatkę, która zagroziła, że jeśli nie odłoży, nie odda jej wybranych przez siebie ubrań, to tym nożem ją potraktuje. Dziewczyna wolała nie ryzykować i uciekła stamtąd. Hmm… No tak, ja faktycznie miałam szczęście, bo mnie mogła tylko stratować grupa staruszek, ale przynajmniej żadna nie wymachiwała mi nożem przed oczyma…
A tak w ogóle, to fajne dżinsy miała na sobie moja kuzynka. Z lumpeksu, za dwa złote. I weź tu nie ryzykuj…